Niebawem cała idea naszej lettrystowskiej grupy przeniesie się pod TEN ADRES. Nie oznacza to, że nie będę tu pisał różnych rzeczy, ale więcej głosów właśnie tam, tematyka wszelka.
czwartek, 12 stycznia 2012
środa, 11 stycznia 2012
karnawał na blogu, aleksandra kołłontai i coś tam.
Pisanie bloga jest zajęciem emo, ewentualnie jak to pisano o Guy'u Debordzie narcystycznym radykalizmem. Z drugiej strony, ktoś pod wpływem Bachtina i jego karnawalizacji musi ujarzmiać swoje żądze. Nie chcę żeby z tego wynikało coś podniosłego, bo pisanie jednorodnych wykładów o psychoanalizie, myśli rosyjskiej,
miłości w czasach postkapitalizmu, marksizmie i jego wątkach w liczbie 1223, czyli tylu, ile czcionką dla zdrowego oka stron czyha na przyszłego czytelnika "Głównych nurty marksizmu" Leszka Kołakowskiego byłoby nudne. Poza tym wymagałoby to jakiejś jednolitości, struktury, odpowiedzialności, bo niechby jakiś student humanistycznej szkoły prywatnej zechciałby z tych rzeczy korzystać. Inna rzecz to moja niewiedza, i o ile o pewnych rzeczach, a raczej zarysach niektórych idei (jak marksizmu, szczególnie jego odmiany antropocentrycznej) mógłbym bełkotać rzetelnie w oparciu o źródła, których nie ma na uniwersytecie wrocławskim, to już Lacan, miłość, teologia wymagałyby większego przedsięwzięcia. Zasada niestety jest taka, że jeśli coś jest poważnego to nie może istnieć w internecie. Ktoś z kolei mówił, że jeśli nie ma
czegoś w internecie to nie istnieje, wniosek jest prosty i banalny.
Kolejnym argumentem jest, że mi ta karnawalizacja od czasów, gdy Vaneigem z Debordem zmienili życie, współgra chyba ostatecznie z naturą. Poza tym jak uprawiać przy jednolitym wykładzie agit-prop na rzecz Lettriste / lettryzmu / sytuacjonizmu ? To taka płyta, którą pisałem z duchem tego złego kabotyna i dandysa Deborda ! Wreszcie przecież mogę zlepiać te myśli, wedle własnych wyobrażeń, własnych interpretacji...łączyć, dzielić, przestawiać. To jest własnie ta "galaktyka guttenberga" - wcielone postmodernistyczne nic.
No i ostatni argument to oczywiście czas. Taki wpis trwa 10 minut i jest powiedzmy jakiś w miarę witalny, bez określonej formy. Wykład z odpowiednimi odnośnikami trzeba byłoby męczyć z pół dnia ! Na wytłumaczenie niech pozostanie fakt, że ja tu ewentualnie tylko spisuje pomysły, coś jak Zizek. Dodam do nich trochę pułapek terminologicznych, słów których nie znajdziesz w internecie i nie wyniknie z tego znowu nic. Niesamowitą prace potrafią zrobić tacy ludzie jak Tadeusz Gadacz ze swoimi tomami filozofii, albo w ogóle Ci ludzi od podręczników akademickich. Jak oni potrafią wytrwać w takiej nudzie przez tyle czasu?! Nie lubię, mało ich czytam, ale szanuje. Wprowadzanie jakichkolwiek poprawek po czasie, uzupełnień jest najtrudniejszą sprawą, całkowicie nie dla mnie.
Latam ostatnio gdzieś pomiędzy Aleksandrą Kołłontai, Wilhelem Reichem i ogólnie mówiąć: "sexuality and class struggle". Aleksandra, gdzieś zupełnie zapomniana, której trybut powinien płacić Fromm, a żeby ją poznać to trzeba się przedrzeć przez niekoniecznie ciekawą literaturę, co niekonieczne ma miejsce u Fromma...jest bardzo aktualna. Pomijając pewne wątki samej terminologii, które mogą irytować jak chociażby odmieniona burżuazja przez uburżuazyjnienie w burżuazyjnej postaci, albo proletariat, proletariatu etyka czy proletariackie wyzwolenie to czytamy:
"introwertyczna indywidualistyczna rodzina dzisiaj bazująca jedynie na własności prywatnej, opracowała zasadę, że dana osoba całkowicie powinna posiąść swojego partnera. Dokonała tego skrupulatnie (...) Ideał posiadania dzisiaj jest o wiele bardziej rozpowszechniony niż miało to miejsce w patrymonialnym systemie relacji małżeńskich"(...) zapewne wszyscy mieliśmy okazję obserwować sytuację, gdy dwie "kochające" się osoby na gwałt, zanim dokładnie się poznają, dążą do zawładnięcia wszystkimi swoim dotychczasowymi związkami, do wejrzenia w najbardziej tajemne zakamarki życia swojego partnera. Osoby jeszcze parę dni temu całkowicie obce (...) rozpoczynają
natychmiastową penetrację serc i tożsamości, pragną dotknąć tej dziwnej i niepojętej psyche. Doświadczenia drugiego z przeszłości, których nie można unieważnić, stają się przedłużeniem własnej jaźni. Świadomość, że poślubieni małżonkowie stają się wzajemnie swoją własnością jest tak powszechna, że ci, którzy wczoraj żyli całkowicie osobno, niezależnie od siebie, dzisiaj nie mają oporów, żeby otwierać korespondencję partnera i czynić ze słów trzeciej osoby - wspólną własność. A przecież intymność tego rodzaju powinna się pojawić tak naprawdę dopiero wówczas, gdy dwie osoby spędziły ze sobą znaczną część życia. Najczęściej fałszywa bliskość staje się substytutem autentycznego uczucia, złudzeniem...".
Pani Towarzyszka Aleksandra pisząca o tym w 1921 roku, wie więcej o życiu niż cała współczesna psychologia miłości. I była ze Związku Radzieckiego.
Ostatnio był slam poetycki we Wrocławiu, gratulujemy POEMOWI i uczestnikom "reszty wydarzeń" :) Poetycko więc skończyć muszę. Ostatnio z pewnych powodów czuje się jak w ostatniej linijce wiersza Broniewskiego "Mury, bruki". Nie chce mi się jej przywoływać tu. W każdym razie bywają powody takie, że chociaż nie wiem jak mógłbym się starać, to nie ma to na nic wpływu. A może się mylę i świadomość mam po prostu skrzywioną przez jakieś uczucie.
miłości w czasach postkapitalizmu, marksizmie i jego wątkach w liczbie 1223, czyli tylu, ile czcionką dla zdrowego oka stron czyha na przyszłego czytelnika "Głównych nurty marksizmu" Leszka Kołakowskiego byłoby nudne. Poza tym wymagałoby to jakiejś jednolitości, struktury, odpowiedzialności, bo niechby jakiś student humanistycznej szkoły prywatnej zechciałby z tych rzeczy korzystać. Inna rzecz to moja niewiedza, i o ile o pewnych rzeczach, a raczej zarysach niektórych idei (jak marksizmu, szczególnie jego odmiany antropocentrycznej) mógłbym bełkotać rzetelnie w oparciu o źródła, których nie ma na uniwersytecie wrocławskim, to już Lacan, miłość, teologia wymagałyby większego przedsięwzięcia. Zasada niestety jest taka, że jeśli coś jest poważnego to nie może istnieć w internecie. Ktoś z kolei mówił, że jeśli nie ma
czegoś w internecie to nie istnieje, wniosek jest prosty i banalny.
Kolejnym argumentem jest, że mi ta karnawalizacja od czasów, gdy Vaneigem z Debordem zmienili życie, współgra chyba ostatecznie z naturą. Poza tym jak uprawiać przy jednolitym wykładzie agit-prop na rzecz Lettriste / lettryzmu / sytuacjonizmu ? To taka płyta, którą pisałem z duchem tego złego kabotyna i dandysa Deborda ! Wreszcie przecież mogę zlepiać te myśli, wedle własnych wyobrażeń, własnych interpretacji...łączyć, dzielić, przestawiać. To jest własnie ta "galaktyka guttenberga" - wcielone postmodernistyczne nic.
No i ostatni argument to oczywiście czas. Taki wpis trwa 10 minut i jest powiedzmy jakiś w miarę witalny, bez określonej formy. Wykład z odpowiednimi odnośnikami trzeba byłoby męczyć z pół dnia ! Na wytłumaczenie niech pozostanie fakt, że ja tu ewentualnie tylko spisuje pomysły, coś jak Zizek. Dodam do nich trochę pułapek terminologicznych, słów których nie znajdziesz w internecie i nie wyniknie z tego znowu nic. Niesamowitą prace potrafią zrobić tacy ludzie jak Tadeusz Gadacz ze swoimi tomami filozofii, albo w ogóle Ci ludzi od podręczników akademickich. Jak oni potrafią wytrwać w takiej nudzie przez tyle czasu?! Nie lubię, mało ich czytam, ale szanuje. Wprowadzanie jakichkolwiek poprawek po czasie, uzupełnień jest najtrudniejszą sprawą, całkowicie nie dla mnie.
Latam ostatnio gdzieś pomiędzy Aleksandrą Kołłontai, Wilhelem Reichem i ogólnie mówiąć: "sexuality and class struggle". Aleksandra, gdzieś zupełnie zapomniana, której trybut powinien płacić Fromm, a żeby ją poznać to trzeba się przedrzeć przez niekoniecznie ciekawą literaturę, co niekonieczne ma miejsce u Fromma...jest bardzo aktualna. Pomijając pewne wątki samej terminologii, które mogą irytować jak chociażby odmieniona burżuazja przez uburżuazyjnienie w burżuazyjnej postaci, albo proletariat, proletariatu etyka czy proletariackie wyzwolenie to czytamy:
"introwertyczna indywidualistyczna rodzina dzisiaj bazująca jedynie na własności prywatnej, opracowała zasadę, że dana osoba całkowicie powinna posiąść swojego partnera. Dokonała tego skrupulatnie (...) Ideał posiadania dzisiaj jest o wiele bardziej rozpowszechniony niż miało to miejsce w patrymonialnym systemie relacji małżeńskich"(...) zapewne wszyscy mieliśmy okazję obserwować sytuację, gdy dwie "kochające" się osoby na gwałt, zanim dokładnie się poznają, dążą do zawładnięcia wszystkimi swoim dotychczasowymi związkami, do wejrzenia w najbardziej tajemne zakamarki życia swojego partnera. Osoby jeszcze parę dni temu całkowicie obce (...) rozpoczynają
natychmiastową penetrację serc i tożsamości, pragną dotknąć tej dziwnej i niepojętej psyche. Doświadczenia drugiego z przeszłości, których nie można unieważnić, stają się przedłużeniem własnej jaźni. Świadomość, że poślubieni małżonkowie stają się wzajemnie swoją własnością jest tak powszechna, że ci, którzy wczoraj żyli całkowicie osobno, niezależnie od siebie, dzisiaj nie mają oporów, żeby otwierać korespondencję partnera i czynić ze słów trzeciej osoby - wspólną własność. A przecież intymność tego rodzaju powinna się pojawić tak naprawdę dopiero wówczas, gdy dwie osoby spędziły ze sobą znaczną część życia. Najczęściej fałszywa bliskość staje się substytutem autentycznego uczucia, złudzeniem...".
Pani Towarzyszka Aleksandra pisząca o tym w 1921 roku, wie więcej o życiu niż cała współczesna psychologia miłości. I była ze Związku Radzieckiego.
Ostatnio był slam poetycki we Wrocławiu, gratulujemy POEMOWI i uczestnikom "reszty wydarzeń" :) Poetycko więc skończyć muszę. Ostatnio z pewnych powodów czuje się jak w ostatniej linijce wiersza Broniewskiego "Mury, bruki". Nie chce mi się jej przywoływać tu. W każdym razie bywają powody takie, że chociaż nie wiem jak mógłbym się starać, to nie ma to na nic wpływu. A może się mylę i świadomość mam po prostu skrzywioną przez jakieś uczucie.
sobota, 31 grudnia 2011
Coś sie kończy coś zaczyna
Wydarzyło się w ostatnim czasie tyle rzeczy, że ciężko to wszystko ogarnąć.W sprawach, które już schodziły wielokrotnie na dalszy plan trwa wiosna. Przy innych odwrotnie - słońce zachodzi i raczej wątpliwe, żeby jeszcze miało kiedyś sie obudzić. Ale nie ma tego złego. Ze wszystkiego można wyjść jeszcze mocniejszym, zaaplikować kilka dawek orgonu i na nowo szukać.
W nowym roku planów milion dosłownie. Fajnie, że wszystko zaczęło się kręcić po staremu. Z O. nagraliśmy zupelnie spontanicznie rzeczy, których sami się nie spodziewaliśmy. My jednak ciągle potrafimy !
Poza tym Rewolucja Życia Codziennego nadchodzi wielkim krokami.

Raoul Vaneigem changed my life !
Tak poza tym z racji sylwestra i tego, że sezon NBA rozpoczął się na dobre to taki spontaniczny zrobiony dosłownie w pare minut kawałek to odsłuchu !
Lettriste Crew - BasketRap KLIK KLIK !
Spełniajcie marzenia w 2012 !
Zapomniałbym ! 5 stycznia czyli w czwartek w Puzzlach we Wrocławiu o godzinie 20 jest SLAM POETYCKI !
Wpadajcie ! Więcej informacji tutaj
W nowym roku planów milion dosłownie. Fajnie, że wszystko zaczęło się kręcić po staremu. Z O. nagraliśmy zupelnie spontanicznie rzeczy, których sami się nie spodziewaliśmy. My jednak ciągle potrafimy !
Poza tym Rewolucja Życia Codziennego nadchodzi wielkim krokami.

Raoul Vaneigem changed my life !
Tak poza tym z racji sylwestra i tego, że sezon NBA rozpoczął się na dobre to taki spontaniczny zrobiony dosłownie w pare minut kawałek to odsłuchu !
Lettriste Crew - BasketRap KLIK KLIK !
Spełniajcie marzenia w 2012 !
Zapomniałbym ! 5 stycznia czyli w czwartek w Puzzlach we Wrocławiu o godzinie 20 jest SLAM POETYCKI !
Wpadajcie ! Więcej informacji tutaj
wtorek, 13 grudnia 2011
O nie wiem czym
Miał Goethe o Heglu pisać: "kiedy znakomity myśliciel (...) zabawia się, sofistycznie wykoślawiając idee, by poprzez sztuczne, wzajemnie znoszące się słowa i zwroty probować ją zanegować i zniszczyć, to juz nie wiadomo, co o tym powidzieć".
Ja też nie wiem tysiąc razy co mam powiedzieć, jak oglądam ludzki zwierzyniec, z nim i wokół niego egzystuje, przecież wyjątkiem nie jestem ! Nikczemnicy z trupem w ustach postanowili obrzydzać sobie świat, zupełnie niepojęte. Rozdarci rywalizacją, kształcą się ponad miarę, a i tak są szarzy, brzydcy i przeciętni. Nie potrafią pisać, mówić i słuchać. Głupcy !
Dopiero dzisiaj głupiec ja dowiedział się, że jest tom nr 4 prac Andrzeja Walickiego "Rosja, Polska, marksizm". Pare dni natomiast temu, że jest taka płyta "Undun" The Roots. A ostatnio jeszcze o zdjęciach Roberta Scotta Schumana - Sartorialista . O możliwościach fotografii jako emancypacyjnym medium bardzo ciekawy artykuł w Odrze Łukasza Andrzejewskiego. Autor powołuje sie na pracę Jacquesa Ranciere, której nie znam i wstyd mi z tego powodu. Wiem, że Ranciere napisał niezłą "Nienawiść do demokracji", którą kiedyś czytałem na trasie Legnica - Wrocław - Opole i gdzieś jego nazwisko kojarzy mi się z Czytaniem Kapitału, ale nie wiem, a nie wiedzieć nie przystoi. Jest to też symptom, którego nie polubię, bo w istocie świadczy i znaczy że zajmuje się ostatnio jakimiś bzdurami. Sprawa ma się o tyle gorzej, że jeśli nie pojawia mi się taki Ranciere na horyzoncie, a cały nasz kraj jest spóżniony jakieś 30-40 lat za Europą Zachodnią w podobnej materii, to gdzie ja jestem ?
Przecież tu nie chodzi o to, że jest więcej kryształowych pałaców, trochę ładniej ubranych ludzi na ulicach i równiejszych ulic. Albo o to że Twój internet ma łącze 20 mb i masz fajny laptop ! Tu chodzi o kapitał kulturowy, czyli o to co możesz znaleźć na półce uniwersytetu, nie mówiąc o lokalnych bibliotekach, a już w ogóle o mniejszych miastach nie wspominając. Wpadam w grudniową depresję z tego powodu. A jak widzę głupkowate ryje dodatkowo w telewizji różnych Czarzastych, Rozenków, Niesiołowskich to depresja pogłębia się. Nie chodzi o ryje, ani o to, że oni nie mają podstawowej zdolności do jakiegokolwiek uruchamiania myśli, ale o to, że już nie używają języka ludzi.
Tyle CO2 zamiast idei na codzień, że tylko zamknąć się w wieży z kości, ale niespecjalnie mi to współgra z charakterem. Zresztą próbowałem się zamknąć, ale nawet tu przecież w grę wchodzą różne gierki w stylu, kto da więcej za tę wieżę ? Neoliberalizm jest wszędzie. Jak ja kocham te wszystkie agencje nieruchomości! Chyba, że CO2 to taka idea. To trochę podobnie jakby Źiźek krytykował Derridę, że postmodernistyczna krytyka wielkich narracji sama przecież się staje w końcu wielką narracją. Krytyka intelektu, którą przedstawiał Henri Bergson jest fascynująco aktualna i dodaje mi tyle energii, że pozwól mi pisać by żyć ! Cóż za banalna górnolotność, prawie tak jak marna płyta niezłego przecież rapera Tetrisa. Mój duchowy zwrot oh ! ku letryzmowi, Debordowi, Vanegeimowi wynika tylko i wyłącznie z tego. Tak samo nienawidzę intelektu, który wszystko rozkłada na części, buduje jakieś heglowskie systemy, a i tak niczego nie potrafi ując w odpowiedni sposób. Nienawidzę też politologii ze swój rasizm kulturowy i horyzont anglosaski. Nie mówiąc już o komputerach, htmlach, przez które mi puszczają nerwy jak nigdy. Niszczyć komputery jak luddyści wzywam ja ! I przecież o tej nienawiści to tak w nieskończoność mógłbym rozprawiać.
Tylko jakie ja mam wyjście ? Rzucić bombę w uniwersytet, pzpn, sejm czy inną biedronkę ?
O Unii Europejskiej w dobie kryzysu nie napisze nic. Nienawiść moja bowiem uwypukla się do demokracji elitarnej, a do Radka Sikorskiego estetycznej sympatii nie żywię. Mimo, iż czasem leciwy Habermas powie coś kojącego na duchu, to generalnie jak pisał Goethe do Zeltera: "Co Pan sądzi o tym wielkim wydarzeniu ? Świat stoi w płomieniach, a przy tym wszystkim ma być rozprawa przy zamkniętych drzwiach".
Federalizm ? Traktaty ? Europa dwóch prędkości ? Zmiennej geometrii ? Europa a la carte ? Po co to komu ? Idą święta, zakupy trzeba zrobić, obejrzeć coś tam, naźreć, chlusnąc co nie co, kościół odwiedzić i czuć dobrze, odkładając na później swoje samobójstwo.
Ja też nie wiem tysiąc razy co mam powiedzieć, jak oglądam ludzki zwierzyniec, z nim i wokół niego egzystuje, przecież wyjątkiem nie jestem ! Nikczemnicy z trupem w ustach postanowili obrzydzać sobie świat, zupełnie niepojęte. Rozdarci rywalizacją, kształcą się ponad miarę, a i tak są szarzy, brzydcy i przeciętni. Nie potrafią pisać, mówić i słuchać. Głupcy !
Dopiero dzisiaj głupiec ja dowiedział się, że jest tom nr 4 prac Andrzeja Walickiego "Rosja, Polska, marksizm". Pare dni natomiast temu, że jest taka płyta "Undun" The Roots. A ostatnio jeszcze o zdjęciach Roberta Scotta Schumana - Sartorialista . O możliwościach fotografii jako emancypacyjnym medium bardzo ciekawy artykuł w Odrze Łukasza Andrzejewskiego. Autor powołuje sie na pracę Jacquesa Ranciere, której nie znam i wstyd mi z tego powodu. Wiem, że Ranciere napisał niezłą "Nienawiść do demokracji", którą kiedyś czytałem na trasie Legnica - Wrocław - Opole i gdzieś jego nazwisko kojarzy mi się z Czytaniem Kapitału, ale nie wiem, a nie wiedzieć nie przystoi. Jest to też symptom, którego nie polubię, bo w istocie świadczy i znaczy że zajmuje się ostatnio jakimiś bzdurami. Sprawa ma się o tyle gorzej, że jeśli nie pojawia mi się taki Ranciere na horyzoncie, a cały nasz kraj jest spóżniony jakieś 30-40 lat za Europą Zachodnią w podobnej materii, to gdzie ja jestem ?
Przecież tu nie chodzi o to, że jest więcej kryształowych pałaców, trochę ładniej ubranych ludzi na ulicach i równiejszych ulic. Albo o to że Twój internet ma łącze 20 mb i masz fajny laptop ! Tu chodzi o kapitał kulturowy, czyli o to co możesz znaleźć na półce uniwersytetu, nie mówiąc o lokalnych bibliotekach, a już w ogóle o mniejszych miastach nie wspominając. Wpadam w grudniową depresję z tego powodu. A jak widzę głupkowate ryje dodatkowo w telewizji różnych Czarzastych, Rozenków, Niesiołowskich to depresja pogłębia się. Nie chodzi o ryje, ani o to, że oni nie mają podstawowej zdolności do jakiegokolwiek uruchamiania myśli, ale o to, że już nie używają języka ludzi.
Tyle CO2 zamiast idei na codzień, że tylko zamknąć się w wieży z kości, ale niespecjalnie mi to współgra z charakterem. Zresztą próbowałem się zamknąć, ale nawet tu przecież w grę wchodzą różne gierki w stylu, kto da więcej za tę wieżę ? Neoliberalizm jest wszędzie. Jak ja kocham te wszystkie agencje nieruchomości! Chyba, że CO2 to taka idea. To trochę podobnie jakby Źiźek krytykował Derridę, że postmodernistyczna krytyka wielkich narracji sama przecież się staje w końcu wielką narracją. Krytyka intelektu, którą przedstawiał Henri Bergson jest fascynująco aktualna i dodaje mi tyle energii, że pozwól mi pisać by żyć ! Cóż za banalna górnolotność, prawie tak jak marna płyta niezłego przecież rapera Tetrisa. Mój duchowy zwrot oh ! ku letryzmowi, Debordowi, Vanegeimowi wynika tylko i wyłącznie z tego. Tak samo nienawidzę intelektu, który wszystko rozkłada na części, buduje jakieś heglowskie systemy, a i tak niczego nie potrafi ując w odpowiedni sposób. Nienawidzę też politologii ze swój rasizm kulturowy i horyzont anglosaski. Nie mówiąc już o komputerach, htmlach, przez które mi puszczają nerwy jak nigdy. Niszczyć komputery jak luddyści wzywam ja ! I przecież o tej nienawiści to tak w nieskończoność mógłbym rozprawiać.
Tylko jakie ja mam wyjście ? Rzucić bombę w uniwersytet, pzpn, sejm czy inną biedronkę ?
O Unii Europejskiej w dobie kryzysu nie napisze nic. Nienawiść moja bowiem uwypukla się do demokracji elitarnej, a do Radka Sikorskiego estetycznej sympatii nie żywię. Mimo, iż czasem leciwy Habermas powie coś kojącego na duchu, to generalnie jak pisał Goethe do Zeltera: "Co Pan sądzi o tym wielkim wydarzeniu ? Świat stoi w płomieniach, a przy tym wszystkim ma być rozprawa przy zamkniętych drzwiach".
Federalizm ? Traktaty ? Europa dwóch prędkości ? Zmiennej geometrii ? Europa a la carte ? Po co to komu ? Idą święta, zakupy trzeba zrobić, obejrzeć coś tam, naźreć, chlusnąc co nie co, kościół odwiedzić i czuć dobrze, odkładając na później swoje samobójstwo.
poniedziałek, 21 listopada 2011
Changer La Vie
Uwielbiam anegdotę Slavoja Źiźka:
Na bezludnej wyspie bezdomny wieśniak po seksie z Cindy Crawford poprosił ją o jeszcze jedną przysługę: "czy mogłabyś ubrać moje spodnie i domalować sobie wąsy ?" Zdezorientowana Cindy uzyskuje zapewnienie od wieśniaka, że nie jest dewiantem i generalnie to nic takiego, ale bardzo mu na tym zależy. Spełnia jego prośbę, ubiera spodnie i maluje wąsy. Na co wieśniak do niej: "Nie uwierzysz, uprawiałem dzisiaj seks z Cindy Crawford !".
Jakże celnie i prawdziwie, a zarazem smutno o naszym społeczeństwie.
Changer La Vie !
Na bezludnej wyspie bezdomny wieśniak po seksie z Cindy Crawford poprosił ją o jeszcze jedną przysługę: "czy mogłabyś ubrać moje spodnie i domalować sobie wąsy ?" Zdezorientowana Cindy uzyskuje zapewnienie od wieśniaka, że nie jest dewiantem i generalnie to nic takiego, ale bardzo mu na tym zależy. Spełnia jego prośbę, ubiera spodnie i maluje wąsy. Na co wieśniak do niej: "Nie uwierzysz, uprawiałem dzisiaj seks z Cindy Crawford !".
Jakże celnie i prawdziwie, a zarazem smutno o naszym społeczeństwie.
Changer La Vie !
sobota, 19 listopada 2011
Ostatnia wartość w czasach niepewności
Kiedy już postanowiłem ten tekst napisać, poczułem się swobodniej niż zazwyczaj. Tytuł jest zwodniczy, a sprawa jest powazna, bo o podsystemie miłości słów kilka napisać chciałem. Na początek zaznaczam, że punktem wyjścia jest jej platońska definicja - rozumiana jako relacja między dwoma osobami, które tworzą tylko ze sobą idealną całość. Jeśli ta definicja wyda Ci się nazbyt idealistyczna, to nie musisz czytać dalej. Bezwstydnie przyznam, że jest to definicja, z którą się identyfikuje. Prawo piszącego. Także jeśli nie chcesz, nie czytaj, bo nie masz po co. A i ja nie wejdę w kategorie ciekawsze przypisywane ludzkiemu zwierzyńcowi, z powodów moralno-estetycznych i przecież nie zdefiniuje brutalnie za Kantem - miłości jako kontraktu, czy bardziej współcześnie utylitarnego używania/zużywania siebie/wyżywania się na sobie wzajemnie. Chociaż biorąc pod uwagę wszechobecną logikę rozumu medialnego, to mogłoby być ciekawiej. Może innym razem. Druga sprawa, która należy określić to oczywiście metodyka. W tym przypadku ściągam okulary krytyczno - paranoiczne, ale nie poddaję się despotii rozumu praktycznego, bo najzwyczajniej jestem do tego niezdolny, bo i we własnę zdolności wątpię. Także niech to co napisze będzie moim acte gratuit, czymś zupełnie innym.
Paroksystycznego zapału pełen ja w dbaniu o sprawy prywatne, a że podobno autonomiczną jednostką jestem, bo i w autonomicznym społeczeństwie żyć chcę (czyli takim, które nie głosuje na PO, PiS i nie traktuje poważnie Tomasza Lisa, Jacka Żakowskiego czy innego Rafała Ziemkiewicza) to wpadam w setki pułapek, które czyhają na mnie i potem je w iście Brzozowskim stylu analizuje. Jako, ze nie istnieje dla mnie w miłości przemoc i bergmanowski chłód to i rozwiązania sa trudniejsze. Na nic poradniki przecież i cała masa kolorowych pism, które tylko konserwują umysły naszych rodzimych, już zakonserwowanych (ciekawe na ile pokoleń przenosi się syndrom homo sovieticus, może ktoś to zbada ?). To nie jak w polityce, że można zamienić się w krwawego Borgię, czy też mojego idola od spraw beznadziejnych Saint-Justa, urządzić noc długich noży, kilka precyzyjnych szafotów zorganizować , schować kilka trupów w szafie i po sprawie (Niech wyjątkiem niechlubnym pozostanie Louis Althusser, ktory udusił swoją żonę...) Nie pomoże też żadna z przydatnych lektur choćby Houellebecqa czy socjologa Giddensa. Na nic nawet szalona emancypacja w dzikim kapitalizmie, tępe korzystanie z wszelkich uroków Tajlandii i innych podróży astralnych. To tak beznadziejne jak robić kapitalizm bez Adam Smitha czy Kalwina. Pozbawione istoty.
Miłość nie jest postmodernistyczna i jeśli Prawda nie istnieje, to akurat w tym przypadku nie da się bez niej obyć. Mimo, że sam tekst, ktore piszę paradygmatycznie jest adlingwistyczny, to miłośc należy do paradygmatu referencjalnego. Miłość nie spełzła na niczym, nie podzieliła się na kawałki oddzielne od siebie, pozostawione grupie ekspertów (terapeutów). Miłość to ciągle strukturalna forma, którą definiuje Prawda ! I tego należy się trzymać.
Paroksystycznego zapału pełen ja w dbaniu o sprawy prywatne, a że podobno autonomiczną jednostką jestem, bo i w autonomicznym społeczeństwie żyć chcę (czyli takim, które nie głosuje na PO, PiS i nie traktuje poważnie Tomasza Lisa, Jacka Żakowskiego czy innego Rafała Ziemkiewicza) to wpadam w setki pułapek, które czyhają na mnie i potem je w iście Brzozowskim stylu analizuje. Jako, ze nie istnieje dla mnie w miłości przemoc i bergmanowski chłód to i rozwiązania sa trudniejsze. Na nic poradniki przecież i cała masa kolorowych pism, które tylko konserwują umysły naszych rodzimych, już zakonserwowanych (ciekawe na ile pokoleń przenosi się syndrom homo sovieticus, może ktoś to zbada ?). To nie jak w polityce, że można zamienić się w krwawego Borgię, czy też mojego idola od spraw beznadziejnych Saint-Justa, urządzić noc długich noży, kilka precyzyjnych szafotów zorganizować , schować kilka trupów w szafie i po sprawie (Niech wyjątkiem niechlubnym pozostanie Louis Althusser, ktory udusił swoją żonę...) Nie pomoże też żadna z przydatnych lektur choćby Houellebecqa czy socjologa Giddensa. Na nic nawet szalona emancypacja w dzikim kapitalizmie, tępe korzystanie z wszelkich uroków Tajlandii i innych podróży astralnych. To tak beznadziejne jak robić kapitalizm bez Adam Smitha czy Kalwina. Pozbawione istoty.
Miłość nie jest postmodernistyczna i jeśli Prawda nie istnieje, to akurat w tym przypadku nie da się bez niej obyć. Mimo, że sam tekst, ktore piszę paradygmatycznie jest adlingwistyczny, to miłośc należy do paradygmatu referencjalnego. Miłość nie spełzła na niczym, nie podzieliła się na kawałki oddzielne od siebie, pozostawione grupie ekspertów (terapeutów). Miłość to ciągle strukturalna forma, którą definiuje Prawda ! I tego należy się trzymać.
czwartek, 3 listopada 2011
o wolności na szybko i takich tam innych mini sprawach
Nadchodzą czasy, że zamiast różnych ideologicznych gierek i sięgania w ich konotacje ideowe z całym bagażem konsekwencji, zacznę wdrażać różne przewodniki dotyczące strategii, marketingu, prowadzenia firmy itp. Mało w tym przyjemności, bo ile takiego Druckera, z calym szacunkiem dla niego, można poczytać w jakimś autobusie to wnioski są z tego tak banalne, że generalnie przy małym zaangażowaniu, przyprawieniu tego wszystko jakimś Lesterem Thurowem (pamiętaj "Fortuna sprzyja odważnym"!) mógłbym spisywać to już dziś. Wiadomo, że to wszystko zly permisywny kapitalizm, ale przecież tyle ile energii w nim drzemie, że widział to już nie tylko Marks i to całe towarzysto, które zrobiło sobie z tego religię, ale nawet taki Walter Benjamin, do którego mi jakoś ostatnio bliżej. Rzecz oczywista nie w tym, żeby po rawlsowsku redystrybuować w imię jakiejś sprawiedliwości społecznej, ale żeby tym siłom zmienić wektory, obrócic przeciw źródłu. Czyli nic nowego. Pytanie tylko, kto/ co miałoby być siłą sprawczą ? Prekariat ? Inteligencja ? Ktoś nawiedzony ? Raczej nie. Także Czernyszewskiego "Co diełat?" aktualne zawsze.
Cóż za ciekawe dysputy ostatnio stoczyłem z różnymi osobami...Odwieczny temat wolności nigdy nie spada z podium. Oczywiście na pierwszym planie pozorwana albo formalna wolność, rozumiana jako całkowita autonomia na każdej płaszczyznie ze strachu przed wolnością pozytywną. Całkowicie utopijna jest sama myśl o kontrakcie na mocy którego, podejmujesz pewne ryzyko utraty swej "cnoty", by jednak przecież ostatecznie dzięki niemu poszerzyć zakres wolności indywidualnej (ta logika jest znana od Arystotelesa już). Bez umowy atomizacja sprowadza się do świata Hobbesa, gdzie każdy każdemu wrogiem, konieczność i katalaksja staję się kluczowa, a postawa etyczna to sytuacjonizm. Bo jak można chronic wolność bojąc sie samej wolności ? Korzystanie z niej nie jest dane ot tak, tego trzeba się jej uczyć całe życie. I nie istnieje jakaś mądrość, jakby chciał tego Hayek, która stoi ponad rozumem i ma decydować o wszystkim.
Wolność negatywną i pozytywną rozumiem za Izajaszem Berlinem i jego esejem napisanym w 1958 roku. W szybkim skrócie negatywna to wolność od czyli od "czegoś" ingerencji, przymusu, przemocy. Ta druga to wolność do, czyli ta dążąca do bycia samemu sobie panem. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mówa o tym samym. Nic bardziej mylnego, bo jak pisze sam Berlin:
"są to dwie głęboko różne i nie dające się pogodzić postawy wobec życia (...) każda z nich wysuwa żądania absolutne".
Ostatecznie dla Berlina jak wiadomo wolność pozytywna musi przerodzić się w tyranie i narzędzie ucisku. Ale czy rzeczywiście tak musi być ? Cały błąd Berlina polega na tym, że samostanowienie nie zawsze musi prowadzić do podporządkowania człowieka. Przecież wolnośc pozytywna to nic innego jak stawianie sobie CELÓW przy nieustannej krytycznej ocenie własnych motywów, obserwacji innych ludzi i ogólnie stosunków społecznych przy realizacji tych celów. Rzecz w tym przecież, żeby maksymalizować ludzki potencjał i stale się rozwijać. Z wolnością negatywną jest problem taki, że klasyczny liberalizm nie widzi jednej podstawowej sprawy. Co wtedy, gdy ludzie nie mogą korzystać z pewnych rzeczy, bo brak im środków, a ten stan wykreowali ci, który akurat przynosi odopowiednie pożytki z pełną świadomością negatywnych konsekwencji dla tamtych. Co z faktem, że Ci ktorzy ustanawiają ustrój, co prawda możę nie dązą do poszkodowania innych to jednak i tak jest w konsekwencji nieuniknione ? Czy nie jest to naruszenie wolności negatywnej ?
I żeby nie było. Lubię profesora Berlina za Rosję, za esej o Hercenie i Tołstoju, za listy z Andrzejem Walickim i za jednak wskazanie jakichś reguł ludzkiemu zwierzyńcowi.
Jest listopad. W przeciągu ostatnich kilku dni padło tyle różnych decyzji, ile nie padło w całym roku. Najpierw mnie liczą na deskach, później dostaje znów jakiś zastrzyk energii znikąd i znowu mnie liczą, tak w kółko. Nie jest to normalne, ale w paranoję nie wpadam. Poza tym czytam "Trzy dyskursy miłosne" Macieja Gduli, totalnie nie wiem co w polityce i całkowicie nie mogę spać.
Cóż za ciekawe dysputy ostatnio stoczyłem z różnymi osobami...Odwieczny temat wolności nigdy nie spada z podium. Oczywiście na pierwszym planie pozorwana albo formalna wolność, rozumiana jako całkowita autonomia na każdej płaszczyznie ze strachu przed wolnością pozytywną. Całkowicie utopijna jest sama myśl o kontrakcie na mocy którego, podejmujesz pewne ryzyko utraty swej "cnoty", by jednak przecież ostatecznie dzięki niemu poszerzyć zakres wolności indywidualnej (ta logika jest znana od Arystotelesa już). Bez umowy atomizacja sprowadza się do świata Hobbesa, gdzie każdy każdemu wrogiem, konieczność i katalaksja staję się kluczowa, a postawa etyczna to sytuacjonizm. Bo jak można chronic wolność bojąc sie samej wolności ? Korzystanie z niej nie jest dane ot tak, tego trzeba się jej uczyć całe życie. I nie istnieje jakaś mądrość, jakby chciał tego Hayek, która stoi ponad rozumem i ma decydować o wszystkim.
Wolność negatywną i pozytywną rozumiem za Izajaszem Berlinem i jego esejem napisanym w 1958 roku. W szybkim skrócie negatywna to wolność od czyli od "czegoś" ingerencji, przymusu, przemocy. Ta druga to wolność do, czyli ta dążąca do bycia samemu sobie panem. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mówa o tym samym. Nic bardziej mylnego, bo jak pisze sam Berlin:
"są to dwie głęboko różne i nie dające się pogodzić postawy wobec życia (...) każda z nich wysuwa żądania absolutne".
Ostatecznie dla Berlina jak wiadomo wolność pozytywna musi przerodzić się w tyranie i narzędzie ucisku. Ale czy rzeczywiście tak musi być ? Cały błąd Berlina polega na tym, że samostanowienie nie zawsze musi prowadzić do podporządkowania człowieka. Przecież wolnośc pozytywna to nic innego jak stawianie sobie CELÓW przy nieustannej krytycznej ocenie własnych motywów, obserwacji innych ludzi i ogólnie stosunków społecznych przy realizacji tych celów. Rzecz w tym przecież, żeby maksymalizować ludzki potencjał i stale się rozwijać. Z wolnością negatywną jest problem taki, że klasyczny liberalizm nie widzi jednej podstawowej sprawy. Co wtedy, gdy ludzie nie mogą korzystać z pewnych rzeczy, bo brak im środków, a ten stan wykreowali ci, który akurat przynosi odopowiednie pożytki z pełną świadomością negatywnych konsekwencji dla tamtych. Co z faktem, że Ci ktorzy ustanawiają ustrój, co prawda możę nie dązą do poszkodowania innych to jednak i tak jest w konsekwencji nieuniknione ? Czy nie jest to naruszenie wolności negatywnej ?
I żeby nie było. Lubię profesora Berlina za Rosję, za esej o Hercenie i Tołstoju, za listy z Andrzejem Walickim i za jednak wskazanie jakichś reguł ludzkiemu zwierzyńcowi.
Jest listopad. W przeciągu ostatnich kilku dni padło tyle różnych decyzji, ile nie padło w całym roku. Najpierw mnie liczą na deskach, później dostaje znów jakiś zastrzyk energii znikąd i znowu mnie liczą, tak w kółko. Nie jest to normalne, ale w paranoję nie wpadam. Poza tym czytam "Trzy dyskursy miłosne" Macieja Gduli, totalnie nie wiem co w polityce i całkowicie nie mogę spać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
