poniedziałek, 21 listopada 2011

Changer La Vie

Uwielbiam anegdotę Slavoja Źiźka:
Na bezludnej wyspie bezdomny wieśniak po seksie z Cindy Crawford poprosił ją o jeszcze jedną przysługę: "czy mogłabyś ubrać moje spodnie i domalować sobie wąsy ?" Zdezorientowana Cindy uzyskuje zapewnienie od wieśniaka, że nie jest dewiantem i generalnie to nic takiego, ale bardzo mu na tym zależy. Spełnia jego prośbę, ubiera spodnie i maluje wąsy. Na co wieśniak do niej: "Nie uwierzysz, uprawiałem dzisiaj seks z Cindy Crawford !".

Jakże celnie i prawdziwie, a zarazem smutno o naszym społeczeństwie.
Changer La Vie !

sobota, 19 listopada 2011

Ostatnia wartość w czasach niepewności

        Kiedy już postanowiłem ten tekst napisać, poczułem się swobodniej niż zazwyczaj. Tytuł jest zwodniczy, a sprawa jest powazna, bo o podsystemie miłości słów kilka napisać chciałem. Na początek zaznaczam, że punktem wyjścia jest jej platońska definicja - rozumiana jako relacja między dwoma osobami, które tworzą tylko ze sobą idealną całość. Jeśli ta definicja wyda Ci się nazbyt idealistyczna, to nie musisz czytać dalej. Bezwstydnie przyznam, że jest to definicja, z którą się identyfikuje. Prawo piszącego. Także jeśli nie chcesz, nie czytaj, bo nie masz po co. A i ja nie wejdę w kategorie ciekawsze przypisywane ludzkiemu zwierzyńcowi, z powodów moralno-estetycznych i przecież nie zdefiniuje brutalnie za Kantem - miłości jako kontraktu, czy bardziej współcześnie utylitarnego używania/zużywania siebie/wyżywania się na sobie wzajemnie. Chociaż biorąc pod uwagę wszechobecną logikę rozumu medialnego, to mogłoby być ciekawiej. Może innym razem. Druga sprawa, która należy określić to oczywiście metodyka. W tym przypadku ściągam okulary krytyczno - paranoiczne, ale nie poddaję się despotii rozumu praktycznego, bo najzwyczajniej jestem do tego niezdolny, bo i we własnę zdolności wątpię. Także niech to co napisze będzie moim acte gratuit, czymś zupełnie innym.
        Paroksystycznego zapału pełen ja w dbaniu o sprawy prywatne, a że podobno autonomiczną jednostką jestem, bo i w autonomicznym społeczeństwie żyć chcę (czyli takim, które nie głosuje na PO, PiS i nie traktuje poważnie Tomasza Lisa, Jacka Żakowskiego czy innego Rafała Ziemkiewicza) to wpadam w setki pułapek, które czyhają na mnie i potem je w iście Brzozowskim stylu analizuje. Jako, ze nie istnieje dla mnie w miłości przemoc i bergmanowski chłód to i rozwiązania sa trudniejsze. Na nic poradniki przecież i cała masa kolorowych pism, które tylko konserwują umysły naszych rodzimych, już zakonserwowanych (ciekawe na ile pokoleń przenosi się syndrom homo sovieticus, może ktoś to zbada ?). To nie jak w polityce, że można zamienić się w krwawego Borgię, czy też mojego idola od spraw beznadziejnych Saint-Justa, urządzić noc długich noży, kilka precyzyjnych szafotów zorganizować , schować kilka trupów w szafie i po sprawie (Niech wyjątkiem niechlubnym pozostanie Louis Althusser, ktory udusił swoją żonę...) Nie pomoże też żadna z przydatnych lektur choćby Houellebecqa czy socjologa Giddensa. Na nic nawet szalona emancypacja w dzikim kapitalizmie, tępe korzystanie z wszelkich uroków Tajlandii i innych podróży astralnych. To tak beznadziejne jak robić kapitalizm bez Adam Smitha czy Kalwina. Pozbawione istoty.
       Miłość nie jest postmodernistyczna i jeśli Prawda nie istnieje, to akurat w tym przypadku nie da się bez niej obyć. Mimo, że sam tekst, ktore piszę paradygmatycznie jest adlingwistyczny, to miłośc należy do paradygmatu referencjalnego. Miłość nie spełzła na niczym, nie podzieliła się na kawałki oddzielne od siebie, pozostawione grupie ekspertów (terapeutów). Miłość to ciągle strukturalna forma, którą definiuje Prawda ! I tego należy się trzymać.

czwartek, 3 listopada 2011

o wolności na szybko i takich tam innych mini sprawach

     Nadchodzą czasy, że zamiast różnych ideologicznych gierek i sięgania w ich konotacje ideowe z całym bagażem konsekwencji, zacznę wdrażać różne przewodniki dotyczące strategii, marketingu, prowadzenia firmy itp. Mało w tym przyjemności, bo ile takiego Druckera, z calym szacunkiem dla niego, można poczytać  w jakimś autobusie to wnioski są z tego tak banalne, że generalnie przy małym zaangażowaniu, przyprawieniu tego wszystko jakimś Lesterem Thurowem (pamiętaj "Fortuna sprzyja odważnym"!) mógłbym spisywać to już dziś. Wiadomo, że to wszystko zly permisywny kapitalizm, ale przecież tyle ile energii w nim drzemie, że widział to już nie tylko Marks i to całe towarzysto, które zrobiło sobie z tego religię, ale nawet taki Walter Benjamin, do którego mi jakoś ostatnio bliżej.  Rzecz oczywista nie w tym, żeby po rawlsowsku redystrybuować w imię jakiejś sprawiedliwości społecznej, ale żeby tym siłom zmienić wektory, obrócic przeciw źródłu. Czyli nic nowego. Pytanie tylko, kto/ co miałoby być siłą sprawczą ? Prekariat ? Inteligencja ? Ktoś nawiedzony ? Raczej nie. Także Czernyszewskiego "Co diełat?" aktualne zawsze.

     Cóż za ciekawe dysputy ostatnio stoczyłem z różnymi osobami...Odwieczny temat wolności nigdy nie spada z podium. Oczywiście na pierwszym planie pozorwana albo formalna wolność, rozumiana jako całkowita autonomia na każdej płaszczyznie ze strachu przed wolnością pozytywną. Całkowicie utopijna jest sama myśl o kontrakcie na mocy którego, podejmujesz pewne ryzyko utraty swej "cnoty", by jednak przecież ostatecznie dzięki niemu poszerzyć zakres wolności indywidualnej (ta logika jest znana od Arystotelesa już). Bez umowy atomizacja sprowadza się do świata Hobbesa, gdzie każdy każdemu wrogiem, konieczność i katalaksja staję się kluczowa, a postawa etyczna to  sytuacjonizm. Bo jak można chronic wolność bojąc sie samej wolności ? Korzystanie z niej nie jest dane ot tak, tego trzeba się jej uczyć całe życie. I nie istnieje jakaś mądrość, jakby chciał tego Hayek, która stoi ponad rozumem i ma decydować o wszystkim.
Wolność negatywną i pozytywną rozumiem za Izajaszem Berlinem i jego esejem napisanym w 1958 roku. W szybkim skrócie negatywna to wolność od czyli od "czegoś" ingerencji, przymusu, przemocy. Ta druga to wolność do, czyli ta dążąca do bycia samemu sobie panem. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mówa o tym samym. Nic bardziej mylnego, bo jak pisze sam Berlin:
"są to dwie głęboko różne i nie dające się pogodzić postawy wobec życia (...) każda z nich wysuwa żądania absolutne".
Ostatecznie dla Berlina jak wiadomo wolność pozytywna musi przerodzić się w tyranie i narzędzie ucisku. Ale czy rzeczywiście tak musi być ? Cały błąd Berlina polega na tym, że samostanowienie nie zawsze musi prowadzić do podporządkowania człowieka. Przecież wolnośc pozytywna to nic innego jak stawianie sobie CELÓW przy nieustannej krytycznej ocenie własnych motywów, obserwacji innych ludzi i ogólnie stosunków społecznych przy realizacji tych celów. Rzecz w tym przecież, żeby maksymalizować ludzki potencjał i stale się rozwijać. Z wolnością negatywną jest problem taki, że klasyczny liberalizm nie widzi jednej podstawowej sprawy. Co wtedy, gdy ludzie nie mogą korzystać z pewnych rzeczy, bo brak im środków, a ten stan wykreowali ci, który akurat przynosi odopowiednie pożytki z pełną świadomością negatywnych konsekwencji dla tamtych. Co z faktem, że Ci ktorzy ustanawiają ustrój, co prawda możę nie dązą do poszkodowania innych to jednak i tak jest w konsekwencji nieuniknione ? Czy nie jest to naruszenie wolności negatywnej ?   
I żeby nie było. Lubię profesora Berlina za Rosję, za esej o Hercenie i Tołstoju, za listy z Andrzejem Walickim i za jednak wskazanie jakichś reguł ludzkiemu zwierzyńcowi.

Jest listopad. W przeciągu ostatnich kilku dni padło tyle różnych decyzji, ile nie padło w całym roku. Najpierw mnie liczą na deskach, później dostaje znów jakiś zastrzyk energii znikąd i znowu mnie liczą, tak w kółko. Nie jest to normalne, ale w paranoję nie wpadam. Poza tym czytam "Trzy dyskursy miłosne" Macieja Gduli, totalnie nie wiem co w polityce i całkowicie nie mogę spać.

niedziela, 30 października 2011

modernizacja jestestwa w społeczeństwie ryzyka

     Ulrich Beck napisał o ryzyku już dawno, w latach 80 po niemiecku. Ja sięgnąłem po jego pracę przy okazji licencjatu dotyczącego socjaldemokracji, jakieś 4 lata. Beck pisał o ryzyku spowodowanym nieustannym modernizowaniem się społeczeństwa. Wracam do tego Becka, bo ostatnio też myślę o samozmodernizowaniu się, np. wiem, żę przydałby mi się tablet. Zamiast 3-4 książek na każdą podróż czy krótszą, dłuższą, czy nawet do pracy byłoby lżej i wygodniej. Jakie to przyniesie ryzyko ? Albo samozmodernizowanie w kontekście jakiejś rozrywki, żebym mógł się nieświadomie cieszyć z jakiejś głupoty. Albo o samochodzie w końcu, najważniejszym dodatku każdego Polaka. Dodatku...dodatek nie mógłby w taki sposób kształtować duszy i myśli nowoczesnego Polaka, przepraszam. Nie mówiąc już o tym, że generalnie no mógłbym ten samochód mieć dla siebie, ale jeszcze lepiej jest, jak Ty o tym będziesz wiedzieć ze go mam, bo tylko wtedy to ma jakieś znacznie. (Coś jak z pisaniem do szuflady, które jest idealistycznie naiwne. Po to piszę, żebyście o mnie pisali, recenzowali ! W tym rozkosz). Albo szerzej o całej tej motoryzacji ? Czemu nie. Wtedy zamiast w ogóle mówić o Becku (no bo kogo on obchodzi), mógłbym pisać bloga o autach, o nowinkach, silnikach, osiągach, mocy, koniach mechanicznych ! Jak TVN Turbo. Mało tego, mógłbym jak jeden sąsiad wyciągać swój motor i trochę pokręcić gazem z 10-15 minut, orgazm! Oczywiście stadny, musiałbym mieć kolegów podobnych ! W końcu mógłbym też się mocniej upłynnić i stać bardziej economicus homo. Potraktować na przykład potencjalny związek jak firmę czy spółkę, jak radzą kosztujące 9,90 zł czasopisma dla nowej inteligencji korporacyjnej, kryjące się pod jakże ładnie brzmiącym tytułem "Coaching". I jak tu nie postawić neoliberalizmu przed trybunałem z jego całym bagażem ideologicznym ? W końcu większość nadal tkwi w miejscu, w którym świadomość jak gdzieś pływa to tylko w iluzji, a poza tym nie istnieje. A Ci bardziej refleksyjni, którzy to wszystko rozumieją, całe życie cierpią skąpani w resentymentach gdzieś na szczytach rozpaczy, albo całkiem nieźle sobie radzą, bo stają się cynicznymi. Ciekawe czy to da się pomieszać jakoś i czy Ci smutni potrafią być cyniczni. Taki zdaję mi się czasami być Emile Cioran, tyle że on non stop blefuje. Można też rozgrywać wszystko w relacjach jak w serii gier. Nigdy nie kończąca się konsumpcja i wymiana na wciąż lepszy model. Przy okazji zresztą podniecająca sprawa, ale wracając na chwilę, to jeszcze w tym "Coachingu" był jakiś artykuł w którym powoływano się na Baumana i Fromma...tylko w taki sposób, jakby ktoś jednak nie potrafił czytać powyższych ze zrozumieniem. Smutne to jest, do czego można używać całkiem niezłych myśli całkiem dobrych pisarzy. No, ale w każdym razie warto, potem zawsze żonglerka słowna, nazwiska, tytuły, terminy.... w towarzystwie...boom, podnieta razy 100. Wiedza służy władzy, ile razy już to zostało napisane...
         Repolityzacja która dokonuje się wraz ze skutkami ubocznymi modernizacji jakby tego chciał Beck, ma miejsce, ale tylko w drugiej części zdania. Nie ma miejsca na repolityzację, jest miejsce na uboczne skutki modernizacji. Chyba że ktoś chciałby zdefiniować nową/starą? repolityzację. Może mowa o tzw. subpolityce ?
        Beck mówi, że musimy inaczej ponazywać to wszystko, stąd ta repolityzacja. Wszystko ginie na poziomie narodowym i przenosi się w jakąś nieokreśloną przestrzeń. Dzięki temu tworzy się nowa platforma problemów, a żeby je rozwiązać, potrzeba nowych nauk społecznych ! To inspirujące ! No, ale ktoś pochwalił nauki społeczne. Czas wracać na studia.

wtorek, 18 października 2011

o plycie !

Czas na prawilny wpis, bo pytacie o płytę. Wyjaśniam poniżej.

       Przeliczyłem kawalki, to zrobiliśmy wstępnie ich 17, w wersji niechlujnej, czyli mojej ulubionej. (1-szy powstał 14 sierpnia, data nieprzypadkowa, moje urodziny !) W szybkim skrócie na płycie będzie jak: "Ulrike Meinhof i Andreas Baader tylko z happy endem", będzie przejażdżka z "Wiedzą Radosną", a przy okazji z samym Nietzsche taksówką. Z koktajlem Mołotowa i dziewczyną za rękę będziemy stać na Shellu i krzyczeć "Viva Nigeria". A żeby było ciekawiej, parę bomb poleci pod buldożery co niszą falanstery. Przypadkiem spotykam też w Nowym Jorku Spike Lee (zupełny zbieg okoliczności!) Pośmialiśmy się ze słabej gierki Carmelo Anthony'ego w Madison Squre Garden. Było to zresztą zaraz po tym, jak przestałem się obijać po galaktyce guttenberga i jeszcze przed tym, jak krzyczałem coś w stylu: "to nasz rucker park, shoot block and pass !" Postrzelamy też sobie trochę z AK - 47 w czystą brudną prawdę, w społecznościówki i rozproszkowane umysły, a zeby to miało jakiś głębszy sens to nawet sobie w głowę Berretą pociskiem 9 mm Parabellum. Jak widać, znajdą coś dla siebie i zwolennicy Dionizosa i Tanatosa. Rozdwojenie jaźni.  
Będzie też trochę zapisków z getta, żeby było bardziej rapowo, wiadomo i prawdziwiej. Bedą refleksje z biografii poharatanej, by i tak wyznać, że mimo 26 lat już sformatowałem się na starego Kołakowskiego. W końcu i tak najlepsze będą typowo lettrystowskie znudzone miejskie opowieści o niczym. Lekko podpite, odwrócone, dużo obserwacji, aż za. Podwale we Wrocławiu to najlepszy punkt do pisania takowych. No nie może też zabraknąć polityki... mój ukochany prezydent RP dowie się chociażby dlaczego nie całuje sie kobiety w rękę... Moralistyka jakbym chodził w bluzie prosto, muszę nabyć, bo podobno nie dla lamusa - jak mawia reprezentant nowej inteligencji polskiego rapu - postmodernista Sokół. No w końcu też wytłumaczymy, dlaczego nasz język wyprzedził świadomość, dlaczego obrzydzamy widowisko jak nogi cellulit, jak to możliwe być jednocześnie arystokratą i jakobinem (ho ho), czy co w efekcie powoduje połączenie majaków wariata, błota makadamu i autostrad ? Skit będzie psychoanalityczny, beautfiul struggle serio, każdy tak ma (jedyny prawdziwy numer na płycie, dlatego najkrótszy, wciąż jednak sen spędza z powiek, czy powinien on tam się znaleźć !) . Napomknę też, że zawsze chciałem byc psychiatrą (nic straconego!) Będzie też coś o farmaceutce jednej, o tkliwym rozliczaniu się z płcią przeciwną - czyli o tym jak można zabić się własnym długopisem (liczymy na wsparcie komercyjnych mediów!) i o różnych nowoczesnych ekspertach w stylu p. dukan, czy mój idol j.p wiśniewski. No i jak już to zrobimy trochę bardziej chlujnie, czyli jak będę miał dwa dni czasu, bo dłużej się nie nagrywa takich rzeczy, to zgłoszę się do moich ulubionych kolegów raperów. Tylko nie wiem jak to wyjdzie, bo jeden pisze dr, a drugi chyba już nie żyje.
      Postaramy się Wam to dać jak najszybciej, ładnie opakowane i w ogóle może mediatycznie nawet jakoś też. Duch czasu jest bezwzględny !
Zapomniałbym ! Jeszcze swój wiersz ma dograć jeden poeta i to będzie druga prawdziwa rzecz na tej płycie, mamy nadzieję. Zapomniałbym drugi raz ! Muzykę robi jeden człowiek, taki jeden Oh No z Wrocławia.

piątek, 14 października 2011

palikot i konserwatyści

Samuel Huntington napisał, że demokracja potrzebuje ustalenia granicy. Mówiąc inaczej miał na myśli, że demokracja może tylko wtedy dobrze funkcjonować, jeśli część powstrzyma się od aktywności politycznej. Jego zdaniem upolitycznienie marginesowych grup w Stanach Zjednoczonych - przede wszystkim Afroamerykanów doprowadziło do przeciążenia systemu i do upadku autorytetu rządu. Podobnych rozważań na gruncie europejskim dostarczył M. Crozier, który wskazywał na kontestatorów z lat 60. i 70. jako czynnik, który spowodował kryzys w łonie demokracji.
Demokracja jak matrix, może się zmieniać, rozszerzać w czasie i przestrzennie, a w przypadkach o których piszą Huntington i Crozier nie można nawet mówić o demokracji w aspekcie konstytucjonalnym (czyli europejskim), ani tym bardziej substancjonalnym (rawlowskich procedur). Dla powyższych autorów im więcej demokracji, tym gorzej dla niej samej...
Boli polskich konserwatystów ten Palikot, boli bardzo. Jeden, który zdaje się nawet coś zrobił dla polskiej nauki wypowiada na łamach jednego portalu WOJNĘ Palikotom.
I od razu strzela sobie w kolano na tym samym portalu.
Pozostaje napisać tylko, że jeśli ktoś potrzebuje obucha na ten wszędobylski liberalizm, a "Robotnik" Jungera takim jest, to właśnie lewica, dla której nadchodzą dobre czasy, całkiem umiejętnie potrafi na polu intelektualnym go wskrzesić dla siebie(jak Schmitta zresztą). Na pewno natomiast nie ma takiej potrzeby narcystyczny konserwatyzm czy też anarchokapitalizm, który poległ na polu idei, zostając przy swoich bogach i prawach naturalnych, chociażby dzięki takim diagnozom jak te powyższe Huntingtona, Croziera, albo już zupełnych oszołomów pokroju Hermanna Hoppe, a w Polsce JKM-a. Nie obraziłby się Junger na pewno. Zresztą zupełnie innym zagadnieniem byłaby kwestia użyteczności Jungera dla lewicy. Myślę, że całej lewicy i ludziom z nią utożsamiających się przydałby się jakiś zastrzyk dyscypliny, "powszechnej mobilizacji", czy przedyskutowania tak oczywistych kwestii jak rola przywództwa wśród protestujących w Hiszpanii, na Wall Street, na forach alterglobalistycznych itd. Te rozproszkowane punkty zapalne bez monolitu mogą najzupełniej nie wystarczyć.
I oczywiście grozi Palikot też demokracji polskiej, bo reprezentuje mniejszości. I całe szczęście niech zagraża, bo co prawda droga do urzeczywistnienia normalności jeszcze długa droga, to może chociaż transformacja struktur społecznych nie będzie już więcej szła tak jednowymiarowym torem jak do tej pory.

poniedziałek, 10 października 2011

ruch jest wszystkim, a cel ?

Nie wiem teoretycznie, czym miałaby być demokracja. Jej sztywne założenia od zawsze się docierają i zmieniają, ewoluują i zwijają. I jeśli rzeczywiście tak jest, to demokracja jest tylko historycznym procesem zmian, a jej orędownicy przedmiotami - listkami na wietrze. A nic nie rozumiejący, chociaz jajogłowi (Fukuyama)  i tak będą Ci wmawiać, ze nie musisz być wcale pasażerem na gapę, że możesz w pełni partycypować, że możesz być aktywny i projektować ten ustrój!
Gdyby tak dzisiaj próbować uchwycić istotę tego co tu i teraz, to zapewne trzeba byłoby napisać kilka tomów. Nie jest łatwo, skoro ruch jest wszystkim, a cel niczym jak pisał dawno temu Edward Bernstein. Może jakiś wycinek rzeczywistości dałoby się nazwać/opisać. Częściowo trzeba byłoby jednak kłamać, bo środków do opisu aż tylu nie ma. Masz pomysł jak uchwycić językowo rzeczywistość ? Kategorie "ludzkiego zwierzyńca" (nie tylko na dyskotekach techno), totalitarny liberalizmu (R.Aron), czy to, że "rola szefa rządu powinna być jak szefa przedsiębiorstwa" są celne. Nawet jakoś nie śmieszy już Marcuse, gdy dawno temu pisał o USA jako państwie totalitarnym. Z mały zastrzeżeniem, trzeba wiedzieć trochę szerzej jak definiować totalitaryzm aniżeli z podręcznika do wiedzy o społeczeństwie i na podstawie przeszłości własnego podwórka.  
Nawet wielki autorytet z 100234032402342 reklamy banku Marek Kondrat grozi kacem, jak nie będziesz uczestniczył. Zidiociał do reszty, szczególnie, że pomiędzy działalnością jego pracodawcy, któremu udziela twarzy, a kondycją demokracji współcześnie związków trochę za  dużo. Ale tego rozumieć nie trzeba. Trzeba rozumieć stopy procentowe, kredyty, dokonywać wyboru w ikei i markecie, bo w tym przecież kryje się cała rozkosz. Z drugiej jednak strony, jeśli Marek Kondrat posiadł prawdę i grozi kacem, to dlaczego nie ? Na kacu się odpoczywa, myśli, regeneruje...i poprawić można.
No i jest po wyborach. Nie mam prawa oczywiście się odzywać (przepraszam), bo nie wziąłem w nich udziału, ale dwie sprawy cieszą. Sukces Palikota i klęska SLD. Zabawnie brzmią krytycy Palikota, że to "populizm", "populista", "populiści". Och! Jakby był jakimś ekscesem ten populizm i nie należał do logiki gry demokratyczno - liberalnej. A wystarczy przywołać Ernesto Laclau, który doskonale udowodnił, że populizm jako taki jest sposobem konstruowania tego co polityczne. (Ernesto Laclau "Rozum populistyczny") I pole do dyskusji otwarte. Ale tu nikt nie dyskutuje, tu jest taka dziwna szermierka, niezależnie kto mocniej i celniej, ranking i tak pozostaje bez zmian.  
No chyba, że znów trzeba byłoby wrócić do tego co zawsze i zadać pytanie, czy umysł przeciętnego Polaka został już tak sformatowany, że polityka / rządzenie kojarzy mu się tylko z administrowaniem i zarządzaniem ?
Co do SLD, był tam ktoś kiedys lewicowy i niekoniunkturalny ?
Piszę sobie i żyje nijako, to bardzo wygodna pozycja, mieszczańska...W dobrym towarzystwie jestem w stanie nawet kryształowy pałac zwiedzać i się durnowato uśmiechać. A nawet może i flaneurować ! Nie wiem tylko ile taka nijakość i antypolityczność może mi się podobać. Problem polega na tym, że zawsze można przyodziać maskę, trochę tu i ówdzie postraszyć Stalinem, poczytać Ciorana, a jak to nie pomoże, to ostatecznie wrócić do XIX - wiecznej Rosji i czuć się lepiej. Gorzej jak ktoś tej maski z braku wyobraźni przyodziać nie potrafi i tylko może zacząć marzyć czy śnić o....Budapeszcie.
Jedno jest dobre, bo choć w nie najlepszych intencjach, to jednak najbliższe 4 lata w Polsce spopularyzują Heideggera, Schmitta, Jungera etc.